Strony

środa, 25 września 2013

Ten sam przedwojenny dom, kilka lat wcześniej ...


Pasję do urządzania wnętrz Marta odziedziczyła po babci i matce. Jej własne mieszkanie jest opowieścią o rodzinie. Główną rolę grają tu wspomnienia i pamiątki rodzinne.
Są miejsca na warszawskim Żoliborzu, gdzie żyje się jak przed wojną. W małych, cichych uliczkach zachowały się architektoniczne cacka z dwudziestolecia międzywojennego, malownicze domki w stylu dworkowym, modernistyczne wille i eleganckie kamienice, których ozdobą jest brak ozdób. To dzieła architektów, którzy dekoracjom i ornamentom odmówili racji bytu. Ich domy miały gładkie elewacje, geometryczne bryły i płaskie dachy.
 



W jednym z takich domów dwa lata temu Marta wypatrzyła mieszkanie dla swojej rodziny. – Zachwyciła mnie już klatka schodowa – opowiada. – Piękne dębowe schody z kręconymi poręczami, w świetnym stanie, mimo że dom pochodzi z 1936 roku. Kiedy weszła do mieszkania i zobaczyła duże, piękne okna z widokiem na ogrody i stare sosny, wiedziała, że już nie musi szukać dalej. 



Mieszkanie Marty ma 140 m2 powierzchni i 3 m wysokości. Na szczęście nikt nie odważył się zmienić przedwojennego układu. Przestronny hol (16 m2) dzieli mieszkanie na dwie strefy – dostępną dla gości, czyli salon, kuchnię i maleńką łazienkę z prysznicem, oraz prywatną, w której znalazły się: sypialnia z dużą łazienką, gabinet pana domu i pokój półtorarocznego Bruna. 






Przestrzenie obu stref przenikają się wzajemnie. Przede wszystkim dzięki wyburzeniu fragmentu ściany oddzielającej salon od holu. To jedyna zmiana w mieszkaniu, jakiej dokonali. Reszta układu pozostała jak przed wojną. Ozdobą domu są przeszklone, dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do wszystkich pomieszczeń oraz stary, dębowy parkiet, olejowany tak jak przed wojną i w każdym pomieszczeniu ułożony inaczej: w sypialniach – jodełka, w przedpokoju – kwadraty, w salonie – wzór zwany koszyczkiem krakowskim (ozdobiony mahoniowymi intarsjami). Jest nawet okienko do wydawania posiłków – na ścianie między kuchnią a kącikiem jadalnym – wzruszający ślad dawnego stylu życia.

 – Zależało mi, żeby zachować przedwojenny charakter mieszkania, ale jednocześnie nie robić z domu muzeum – tłumaczy Marta. We wnętrzach, które sama urządziła, stare miesza się z nowym. Antyki z kolekcji jej ojca, ludwiki i otomana z rodzinnego domu, oryginalne thonetowskie krzesła przywiezione kiedyś z Wiednia obok zupełnie nowej kanapy. Z kolei chińskim stolikom z nieistniejącej już galerii Lemongrass towarzyszą czarne lampy z Ikei. Na ścianach dzieła Jana Lebensteina (artysta przez jakiś czas mieszkał na Żoliborzu, w pobliżu placu Wilsona) sąsiadują z płótnami Józefa Pankiewicza, jednego z pierwszych polskich impresjonistów.




Rolę kredensu pełni stara, eklektyczna bieliźniarka, którą mama Marty kupiła wraz z innymi meblami do swojej panieńskiej sypialni. Na półkach na ubrania stoją talerze, w szufladach leżą obrusy. Tę szafę, kiedyś białą, zdobiły błyszczące złocenia. Jednak z czasem nabrała patyny, biały zamienił się w kremowy, złocenia prawie się wytarły i nareszcie wyglądają jak trzeba. Mieszanka stylów, epok i wspomnień. – Nie lubię nadmiernie wystylizowanych wnętrz – wyjaśnia Marta. – Nie mają duszy. Poza tym nie da się w nich nic zmienić, bo to od razu zaburza całą koncepcję. Znacznie ciekawsze są domy otwarte na nowe pomysły, które można modyfikować. Nie wszystkie rzeczy muszą idealnie do siebie pasować – liczy się też sentyment do przedmiotu.
Marta, która projektowaniem wnętrz zajmuje się zawodowo, mówi, że zamiłowanie odziedziczyła po mamie i babci. One też miały piękne domy i stale coś w nich zmieniały. – Zdarzało się, że dziadek po powrocie z delegacji nie mógł rozpoznać swojego mieszkania! – wspomina Marta.
– Mama już w latach 80. miała otwartą kuchnię połączoną z salonem. I ozdobiła łazienkę tapetą, co bardzo dziwiło naszych znajomych – dodaje. Marta też stale coś zmienia w swoim mieszkaniu. Przenosi z góry na dół, z piwnicy (zamienionej w magazyn chwilowo niepotrzebnych mebli) na górę, do mieszkania, albo odwrotnie. – Jak jakaś rzecz przez pół roku stoi w jednym miejscu, to zaczynam czuć się niedobrze – przyznaje. To dlatego zamiast tybetańskiej komody w salonie stoi teraz chińska konsola malowana w ludowe wzory, a ściany w kuchni zmieniły barwę z seledynowej na kolor o nazwie stetson (przypomina ciemną zieleń). Do górki starego kredensu Marta dołożyła nowe kryształowe gałki, zakupione na słynnym londyńskim targu Portobello. Stare lampy wyszukane na warszawskim Kole przemalowała na kremowo, a stoliki, które kiedyś były przykładnie brązowe, dziś są popielate. Szafy w przedpokoju też zmatowiła białym woskiem. Przecież meblom, które mają długą historię, wysoki połysk nie przystoi.

tekst: Anna Tomiak
stylizacja: Anna Tyślerowicz
zdjęcia: Rafał Lipski
"Dom & Wnętrze"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz