Strony

środa, 25 września 2013

Ten sam przedwojenny dom, kilka lat wcześniej ...


Pasję do urządzania wnętrz Marta odziedziczyła po babci i matce. Jej własne mieszkanie jest opowieścią o rodzinie. Główną rolę grają tu wspomnienia i pamiątki rodzinne.
Są miejsca na warszawskim Żoliborzu, gdzie żyje się jak przed wojną. W małych, cichych uliczkach zachowały się architektoniczne cacka z dwudziestolecia międzywojennego, malownicze domki w stylu dworkowym, modernistyczne wille i eleganckie kamienice, których ozdobą jest brak ozdób. To dzieła architektów, którzy dekoracjom i ornamentom odmówili racji bytu. Ich domy miały gładkie elewacje, geometryczne bryły i płaskie dachy.
 



W jednym z takich domów dwa lata temu Marta wypatrzyła mieszkanie dla swojej rodziny. – Zachwyciła mnie już klatka schodowa – opowiada. – Piękne dębowe schody z kręconymi poręczami, w świetnym stanie, mimo że dom pochodzi z 1936 roku. Kiedy weszła do mieszkania i zobaczyła duże, piękne okna z widokiem na ogrody i stare sosny, wiedziała, że już nie musi szukać dalej. 



Mieszkanie Marty ma 140 m2 powierzchni i 3 m wysokości. Na szczęście nikt nie odważył się zmienić przedwojennego układu. Przestronny hol (16 m2) dzieli mieszkanie na dwie strefy – dostępną dla gości, czyli salon, kuchnię i maleńką łazienkę z prysznicem, oraz prywatną, w której znalazły się: sypialnia z dużą łazienką, gabinet pana domu i pokój półtorarocznego Bruna. 






Przestrzenie obu stref przenikają się wzajemnie. Przede wszystkim dzięki wyburzeniu fragmentu ściany oddzielającej salon od holu. To jedyna zmiana w mieszkaniu, jakiej dokonali. Reszta układu pozostała jak przed wojną. Ozdobą domu są przeszklone, dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do wszystkich pomieszczeń oraz stary, dębowy parkiet, olejowany tak jak przed wojną i w każdym pomieszczeniu ułożony inaczej: w sypialniach – jodełka, w przedpokoju – kwadraty, w salonie – wzór zwany koszyczkiem krakowskim (ozdobiony mahoniowymi intarsjami). Jest nawet okienko do wydawania posiłków – na ścianie między kuchnią a kącikiem jadalnym – wzruszający ślad dawnego stylu życia.

 – Zależało mi, żeby zachować przedwojenny charakter mieszkania, ale jednocześnie nie robić z domu muzeum – tłumaczy Marta. We wnętrzach, które sama urządziła, stare miesza się z nowym. Antyki z kolekcji jej ojca, ludwiki i otomana z rodzinnego domu, oryginalne thonetowskie krzesła przywiezione kiedyś z Wiednia obok zupełnie nowej kanapy. Z kolei chińskim stolikom z nieistniejącej już galerii Lemongrass towarzyszą czarne lampy z Ikei. Na ścianach dzieła Jana Lebensteina (artysta przez jakiś czas mieszkał na Żoliborzu, w pobliżu placu Wilsona) sąsiadują z płótnami Józefa Pankiewicza, jednego z pierwszych polskich impresjonistów.




Rolę kredensu pełni stara, eklektyczna bieliźniarka, którą mama Marty kupiła wraz z innymi meblami do swojej panieńskiej sypialni. Na półkach na ubrania stoją talerze, w szufladach leżą obrusy. Tę szafę, kiedyś białą, zdobiły błyszczące złocenia. Jednak z czasem nabrała patyny, biały zamienił się w kremowy, złocenia prawie się wytarły i nareszcie wyglądają jak trzeba. Mieszanka stylów, epok i wspomnień. – Nie lubię nadmiernie wystylizowanych wnętrz – wyjaśnia Marta. – Nie mają duszy. Poza tym nie da się w nich nic zmienić, bo to od razu zaburza całą koncepcję. Znacznie ciekawsze są domy otwarte na nowe pomysły, które można modyfikować. Nie wszystkie rzeczy muszą idealnie do siebie pasować – liczy się też sentyment do przedmiotu.
Marta, która projektowaniem wnętrz zajmuje się zawodowo, mówi, że zamiłowanie odziedziczyła po mamie i babci. One też miały piękne domy i stale coś w nich zmieniały. – Zdarzało się, że dziadek po powrocie z delegacji nie mógł rozpoznać swojego mieszkania! – wspomina Marta.
– Mama już w latach 80. miała otwartą kuchnię połączoną z salonem. I ozdobiła łazienkę tapetą, co bardzo dziwiło naszych znajomych – dodaje. Marta też stale coś zmienia w swoim mieszkaniu. Przenosi z góry na dół, z piwnicy (zamienionej w magazyn chwilowo niepotrzebnych mebli) na górę, do mieszkania, albo odwrotnie. – Jak jakaś rzecz przez pół roku stoi w jednym miejscu, to zaczynam czuć się niedobrze – przyznaje. To dlatego zamiast tybetańskiej komody w salonie stoi teraz chińska konsola malowana w ludowe wzory, a ściany w kuchni zmieniły barwę z seledynowej na kolor o nazwie stetson (przypomina ciemną zieleń). Do górki starego kredensu Marta dołożyła nowe kryształowe gałki, zakupione na słynnym londyńskim targu Portobello. Stare lampy wyszukane na warszawskim Kole przemalowała na kremowo, a stoliki, które kiedyś były przykładnie brązowe, dziś są popielate. Szafy w przedpokoju też zmatowiła białym woskiem. Przecież meblom, które mają długą historię, wysoki połysk nie przystoi.

tekst: Anna Tomiak
stylizacja: Anna Tyślerowicz
zdjęcia: Rafał Lipski
"Dom & Wnętrze"

poniedziałek, 23 września 2013

Mieszkanie w przedwojennej willi


Kręcono tu „Listy do M.” i sporo reklam – projektantka wnętrz Marta Bielewicz nie pamięta już nawet jakie, bo co i rusz wpadają filmowcy. Dlaczego mieszkanie tak bardzo przypadło im do gustu?








Jesteśmy w przedwojennej willi ze starym parkietem i skrzynkowymi oknami na trzy strony świata.



Hol. To dzięki niemu w 30 sekund Marta podjęła decyzję o kupnie. Zrezygnowała nawet z ukochanego Mokotowa na rzecz Żoliborza. – Szukałam dużego mieszkania, a we wszystkich powyżej 100 metrów człowiek otwierał drzwi i widział ciemną kiszkę, z której wchodziło się do poszczególnych pomieszczeń – tłumaczy. Tu było inaczej. Korytarz miał 15 metrów w kwadracie. Pomysł na urządzenie podsunęła tapeta Fornasettiego. – Uwielbiam tego projektanta, dlatego kupiłam jeszcze wazę, która, o dziwo, przetrwała szaleństwa dzieciaków – śmieje się. W tym momencie wpada Jeremi lat 3, Bruno lat 7, a za nimi dachowiec Humbert (Lolita traumatycznie reaguje na gości i siedzi pod łóżkiem).
 Przy ścianie stanęła też chińska konsolka z czasów, kiedy prowadziła orientalny sklep. Do tego lustro. I to wszystko, a może aż wszystko.




Salon. Mocnym akcentem jest szpaler grafik Jana Lebensteina. – Dostałam je wiele lat temu od taty, ale musiałam do nich dorosnąć – opowiada. Do tego lustro Laury Ashley jak z holenderskich obrazów. Poprosiła znajomych, aby kupili je w Londynie.

Podobno klęli na czym świat stoi, wioząc kruchy przedmiot samochodem do Polski. Reszta to rodzinne meble, każdy z innej parafii. Obok kredensu „na 150 talerzy” stoi secesyjny stół i francuska konsola już nie wiadomo skąd. Zresztą nie jest to układ ostateczny, bo sporo rzeczy Marta składuje w piwnicy i czasami robi zamiany.





Kuchnia. Właściwie jak u wszystkich – z meblami na zamówienie i dużym ceramicznym zlewem. Ale nie każdy ma neon! – Ten przypomina o ważnym wydarzeniu, kiedy mój syn Bruno wreszcie coś zjadł ze smakiem. Powiedział wtedy „pycha mi” i te słowa trafiły na ścianę – śmieje się Marta. Pokazuje też wygodne siedzisko pod oknem. Zawsze chciała mieć takie, jak w amerykańskich filmach. Przy okazji zyskała podręczny schowek.




Gabinet. Jest miejscem, w którym spodziewalibyśmy się zobaczyć jegomościa w binoklu preparującego żabę, a nie młodą kobietę przy laptopie, która wymyśla kolejne mieszkanie dla swoich klientów. Pomysł podsunęła tkanina Manuela Canovasa. – Nadrukowane muszle i koralowce przypomniały mi muzea z wypchanymi zwierzętami, do których w dzieciństwie chodziłam z rodzicami. I ten świat chciałam mieć w jednym pokoju – wyjaśnia. Zaczęła się więc rozglądać za eksponatami. Najpierw w jakiejś skandynawskiej gazecie zobaczyła „botaniczną tapetę”, którą kupiła przez internet. Potem zainteresowały ją trofea, każde z innego materiału: ceramiczny nosorożec, gipsowy muflon, papierowy jeleń i żeliwne różki. Do witryn trafiły muszle zwożone z wakacji, z piwnicy wyciągnęła klatki, wreszcie kupiła gałki do mebli z malowanymi owadami. Na koniec Bruno sprezentował mamie gumowego krokodyla.






Sypialnia. Spokój, jaki w niej panuje, podkreślają jedynie papierowe ozdoby wiszące pod sufitem, „lusterkowe” lampy Laury Ashley i ściany w perłowym różu. – Mogłam wybrać na mikołajki perfumy albo „coś innego”. Padło na… farby Kelly Hoppen – śmieje się.

Marta pochodzi z Poznania. Znajomi często ją pytają, czy życie w Warszawie nie jest za szybkie. Zawsze odpowiada, że ma wrażenie, jakby mieszkała na wsi, w jakimś swoim świecie. Ale wystarczy, że zejdzie krętymi drewnianymi schodami, minie na klatce posążek Buddy, hulajnogę Jeremiego i wyjdzie na uliczkę z domami skąpanymi w zie-leni. Po dwóch minutach będzie przy kościele Popiełuszki, po pięciu na placu Wilsona. A tam już ludzie biegną do metra.

Źródło: www.weranda.pl
Tekst: Beata Woźniak
Stylizacja: Anna Tyślerowicz
Zdjęcia: Rafał Lipski
Kontakt do projektantki: Marta Bielewicz, www.pinkmartini.pl

piątek, 20 września 2013

Francuskie meble - GRANGE



Marka GRANGE powstała w 1904 roku w Saint Symphorien Sur Coise jako rodzinna firma. Do dziś fabryka oraz główna siedziba znajdują się w okolicach Lyonu i od ponad stu lat produkowane są tam najsłynniejsze we Francji meble.
Przez lata firma stworzyła niepowtarzalny koncept Meubles de Famille, który identyfikuje markę GRANGE jako kreatora mebli do rodzinnych, ciepłych, eleganckich wnętrz. Ponad stuletnie doświadczenie w tworzeniu najwyższej jakości mebli z litego drewna przez francuskich mistrzów, czyni firmę GRANGE liderem na rynku dóbr luksusowych.
Meble marki GRANGE to produkty „szyte na miarę”, oferujące możliwość wyboru spośród ponad 25 kolorów w trzech wersjach postarzenia. Każdy mebel tworzony jest ręcznie, na indywidualne zamówienie, przez zespół profesjonalistów.
Stylistyka GRANGE to kwintesencja elegancji, doskonałych proporcji i najlepszego, francuskiego stylu. Obok kolekcji nawiązujących do estetyki dawnych epok, pojawiają się linie klasycznie francuskie, jak choćby rewelacyjna kolekcja Prowansalska, czy nowoczesne, do współczesnych apartamentów i loftów. Dlatego też meble GRANGE odnaleźć można w willach, apartamentach i podmiejskich rezydencjach na całym świecie.












Źródło: www.grange.fr, www.grange.com.pl

piątek, 13 września 2013

Patrycja Zaczyńska - wywiady

Zdobywała doświadczenie w biurach projektowych w Nowym Yorku i Londynie. Założycielka ADP ARCH LTD - międzynarodowej pracowni projektowo - wykonawczej specjalizującej się w opracowywaniu projektów ekskluzywnych obiektów oraz wnętrz, które można podziwiać w takich miastach jak Londyn, Moskwa, Monte Carlo, czy Nowy Jork. Posiada licencje zarówno w Polsce jak i Wielkiej Brytanii, dodatkowo jest członkiem prestiżowego angielskiego stowarzyszenia Królewskiego Instytutu Architektów RIBA (Royal Institute of British Architects). Wszystkie tworzone przez Patrycję Zaczyńską budynki i wnętrza charakteryzuje specyficzna dla niej oryginalność, nowoczesność, staranność opracowania detali, ekskluzywność, a przede wszystkim co jest przyczyną ogromnej popularności jej projektów harmonijne
i wyważone połączenia.

ADP wykonywało wiele prestiżowych projektów m.in dla największych domów mody Bottega Veneta (Gucci Group) w Manhasset, Balenciaga i Jimmy Choo w Nowym Yorku. Są także autorami wnętrz apartamentu położonego w ekskluzywnej dzielnicy Notting Hill w Londynie oraz prywatnej rezydencji w Moskwie. Ostatnią z realizacji było projektowanie większości aranżacji w wieżowcu Złota 44 w Warszawie - autorstwa światowej sławy architekta Daniela Libeskinda.


Wnętrze musi być zgodne z gustem klienta. To jest właśnie luksus i największe wyzwanie dla projektanta – mówi polska architektka wnętrz, której biuro pracowało już w Londynie, Nowym Jorku, Moskwie i Monte Carlo, a także z markami Bottega Veneta czy Jimmy Choo. Skąd pomysły na projekty wnętrz w butikach i apartamentach? Jak bardzo jest uzależniona od gustów swoich klientów? Na pytania LuxLux.pl odpowiada Patrycja Zaczyńska, założycielka międzynarodowej pracowni ADP.
LuxLux.pl: Skąd czerpie Pani inspiracje do urządzania ekskluzywnych wnętrz?
W głowie rodzi się wiele pomysłów, wyzwaniem dla mnie jest stworzyć formy, które będą zaskoczeniem dla mnie samej. Aby właściwie rozpocząć ten proces najpierw muszę przygotować wiele inspiracji, które pobudzą moją wyobraźnię. Iskry szukam w starych amerykańskich filmach i pokazach mody z niesamowitą scenografią. W pierwszych latach swojego doświadczenia w zawodzie czułam ogromny głód „nowego”. Mnogość zaobserwowanych nietuzinkowych miejsc zapewniło mi wystarczającą stymulację wyobraźni na lata.
Wiele uroku mają klasyczne eleganckie ponadczasowe projekty art deco, zwłaszcza w nowojorskim ujęciu. Są dla mnie pełne romantyzmu przy jednoczesnym zachowaniu wyrazistych linii. Podczas wieczornych spacerów ulicami Manhattanu można zebrać sporą kolekcję interesujących motywów tego stylu, które pięknie współgrają z ekskluzywnymi wnętrzami.
Znaczna część mojej bazy pomysłów stanowi także świat mody i związana
z pokazami energia.
Przemawiają do mnie pełne dramatyzmu teatralne scenografie tworzone na potrzeby pokazów mody. Zabawy proporcjami projektowanych ubrań także mogą stanowić punkt odniesienia w projektowaniu wnętrz, ważne, aby wykształcić w sobie odpowiednią wrażliwość i puścić wodze wyobraźni. 

Co czyni apartament luksusowym – jakość wykończeń, oryginalne wyposażenie?
Na niezwykłą przestrzeń składa się wiele elementów, które w danym momencie muszą zostać odpowiednio zsynchronizowane. Jednak dla mnie detale tworzą silną bazę, bo to one determinują luksus. Wszystko od nich zależy. W koncepcji aranżacji największego apartamentu w Żaglu, penthouse'u zlokalizowanego na kilku najwyższych poziomach budynku, wykorzystaliśmy na przykład niezwykle stylowe, kamienne umywalki czy szklane ściany, które pod wpływem obiegu prądu mogą zmieniać przejrzystość. Mogłoby się wydawać, że to błahostki, ale to one tworzą wyjątkową całość.
Budynek i jego wnętrza to ludzie, którzy mają własne pragnienia. Architekt tworzy bazę, jednak ostateczne słowo ma właściciel mieszkania. Wnętrze musi być zgodne z gustem klienta. To jest właśnie luksus i największe wyzwanie dla projektanta.
Projektowała Pani już wnętrza w Londynie, Moskwie, Nowym Jorku, ale także w Polsce. Jak bardzo różnią się od siebie apartamenty i ich właściciele tu, w Polsce, od tych w Anglii, Rosji czy USA?
Postrzeganie aranżacji wnętrz jest bardzo indywidualne w poszczególnych krajach. Zdecydowanie inny stosunek do mieszkań mają Anglicy, którzy lubią, gdy wszystko jest wyważone i zrównoważone z odrobiną szaleństwa, zupełnie zaskakujący i całkiem egzotyczny stosunek mają mieszkańcy nowoczesnego Nowego Jorku, a jeszcze bardziej intrygujący mieszkający w Moskwie, którzy ogromny nacisk kładą na poczucie bogactwa, przepychu, ale w zdecydowanie nowej, pełnej elegancji odsłonie.
Zamożni Polacy są zazwyczaj tradycjonalistami, ale są też ciekawi świata i  otwarci na bardziej nowoczesne rozwiązania.
Miałam bardzo trudne momenty w pracy projektowej zarówno w Moskwie, jak i w Monako, czasami chciałam powiedzieć „nie”! W takich przypadkach staram się znaleźć inne rozwiązanie i inspiracje, aby pogodzić rozbieżne pomysły i pogodzić wizje. Na całym świecie są ludzie, których poczucie estetyki jest bardzo delikatna sprawą.

Projektuje Pani wnętrza luksusowe, dla wymagających klientów. Może Pani sobie pozwolić na swoje wizje czy raczej przyporządkowuje się ich pomysłom?
Specyfika mojego zawodu polega na tym, aby nadawać każdej przestrzeni odpowiednią harmonię kompozycji. Zdarzały się takie sytuacje, że pomimo, sugestii inwestor decydował się na element, do którego nie byłam przekonana. Wówczas najważniejsze jest to, aby wczuć się w charakter przestrzeni i znaleźć wspólny mianownik. Wyzwanie polega na tym, by zaprojektować wnętrze tak, by mimo obecności w projekcie elementu, który nam się nie podoba, pomieszczenie było piękne.
Podobnie jest, gdy klient, pragnie zabrać ze sobą z poprzedniego apartamentu np. stary fotel, który uwielbia, albo który jest w rodzinie od pokoleń. Bywa, że jest to mebel zniszczony lub zupełnie niepasujący do nowego wnętrza. Wtedy tak trzeba wkomponować ten mebel do nowej aranżacji, by nie tylko pasował, ale zaistniał na nowo.

W Pani portfolio znajduje się także projekt Złota 44, realizowany wspólnie z Danielem Libeskindem. Jak wyglądała wspólna praca nad wnętrzami?
Złota 44 jest budynkiem, który jest już ikoną, a nie został jeszcze ukończony. Była to dla mnie ogromna radość, że nasz „design” został doceniony i mogłam pracować przy takim projekcie, ale przez ten miniony rok była to także ciężka praca. Nowojorska pracownia Daniela Libeskinda, a także oddział niemiecki czuwał nad zachowaniem pierwotnej idei projektowej. Dodatkowo dzięki propozycji współpracy z deweloperem powstało w naszej pracowni wiele niezwykłych projektów dla zakresu Złota 44, począwszy od średnich mieszkań, a kończąc na penthousie oraz przestrzeniach wspólnych.
Na Złotej 44 zaprojektowaliśmy pięć stylów. Jeden jest inspirowany klasyczną elegancją, wykorzystałam w nim szlachetne marmury oraz naturalne drewno. Drugi wzoruje się na nowojorskim Manhattanie, więc połączyliśmy bardziej odważne wykończenia jak beton oraz stal nierdzewną.
Kolejna aranżacja oparta jest na wyraźnych kontrastach, zarówno pod względem materiałów, jak i kolorów, taki efekt został uzyskany poprzez użycie elementów z brązu zestawionych z ciemnymi okleinami. Wspomniane wykończenia, style mają za zadanie stworzyć silną podstawę, płótno do obrazu, do stworzenia własnych indywidualnych, niepowtarzalnych wnętrz, pokazują także możliwości, jak zaaranżować dostępną przestrzeń.
Nie skupiła się Pani jednak na apartamentach – współpracowała Pani także z markami odzieżowymi, takimi jak Bottega Veneta czy Jimmy Choo. Zajmowała się Pani aranżacją ich butików?
Myślę, że butiki oczarowały mnie starannością wykończeń, nietuzinkowością i awangardowością. Pracując w Nowym Yorku rozpoczęliśmy współpracę z firmą, która umożliwiła nam pracę nad projektami m.in. dla Jimmy Choo oraz Bottega Veneta. Nasza rola polegała przede wszystkim na dostosowaniu ogólnej koncepcji marki do specyfiki konkretnej lokalizacji, przygotowaniu aranżacji, rysunków wykonawczych oraz prowadzeniu generalnego nadzoru.
Skąd po tylu projektach na arenie międzynarodowej zainteresowanie ulicą Gołębią w Poznaniu?
Po zdobyciu doświadczenia w Nowym Jorku oraz Londynie moim marzeniem była praca nad niezwykłym projektem na terenie Polski. Była to dla nas ogromna satysfakcja, że stało się to tak szybko. Ulica Gołębia to piękny, urokliwy zakątek na Starym Mieście, który według nas jest najpiękniejszą ulicą w Poznaniu.
Obecnie wspólnie z właścicielami biznesów zlokalizowanych wzdłuż ulicy staramy się promować jej wizerunek oraz zachęcić do tego władze miasta. Tutaj mamy oazę spokoju do tworzenia projektów w różnych lokalizacjach na terenie Polski oraz międzynarodowych inwestycji. Pracujemy także obecnie nad interesującym projektem renowacji zabytkowej kamienicy
w Poznaniu, która zapowiada się na bardzo ekskluzywny projekt.




Zdarza się, że kobiecość przeszkadza Pani na budowie?
Wręcz przeciwnie, często pomaga. A już kobiecość w połączeniu z profesjonalizmem i umiejętnościami zawodowymi pomaga bardzo. Kiedy natomiast mieszkałam w Anglii, pomagała mi nie tylko kobiecość, ale także polskość.

Bo łatwiej było porozumieć się z pracownikami? 
Tak. Nie tylko wykonawcami, ale także inżynierami i architektami, czy częściej architektkami, bo trzeba wiedzieć, że w angielskich biurach architektonicznych pracuje coraz więcej Polek. W swoim biurze też pracuję tylko z kobietami. 

Dlaczego? 
Zdecydowanie wygrywają umiejętnościami z mężczyznami. Chciałabym mieć także panów, na razie jednak kobiety okazują się lepsze. Świetnie mi się z nimi współpracuje. Są nie tylko zdolne, ale także silne psychicznie i odporne na stres, co w pracy w biurze projektowym jest bardzo przydatne.

Wracając do budowy - uśmieszki i docinki też się zdarzają? 
Uśmieszki tak, ale tym się nie przejmuję. Jestem tam po to, by pracować. Zresztą to zrozumiałe, jeśli na budowie jest kilkudziesięciu mężczyzn i nagle przyjeżdża kobieta, pojawia się zainteresowanie. Zdarzają się komplementy. Trzeba je oczywiście miło przyjąć i zająć się pracą.

Przez trzy lata mieszkała Pani w Stanach Zjednoczonych, przez pięć - w Anglii. Gdzie się Pani bardziej podobało? 
Specyfika każdego z tych krajów inna. Jeszcze zanim rok po studiach razem z mężem wyjechałam do USA, przeżyłam wielką fascynację Nowym Jorkiem. Byłam tam podczas studiów i to miasto mnie oszołomiło. Oczywiście Nowy Jork odstaje od reszty Stanów. My od początku założyliśmy, że wyjeżdżamy pracować w zawodzie. Mieliśmy wielkie szczęście, że się udało. Spotkaliśmy ludzi, którzy nas nie ograniczali, pokazywali tajniki zawodu i po prostu pozwalali się uczyć. Dzisiaj to procentuje.

Ominęło Panią typowe zarabianie na zmywaku? 
Na zmywaku tak, pracowałam natomiast w kawiarni. To była dosyć zabawna sytuacja. Poszliśmy z mężem coś zjeść, obsługiwała nas Polka, więc zapytałam ją czy może wie coś o dodatkowej pracy. Obiecała, że porozmawia z szefem i rzeczywiście po jakimś czasie zaczęłam tam pracować. Potem okazało się, że ona jest architektką, poleciłam ją więc w mojej pracowni, z której właśnie odchodziłam. Tak więc takie prace typowo fizyczne, zarobkowe też oczywiście mam na koncie. Natomiast priorytetem zawsze była praca architekta. Mój mąż podczas studiów wyjechał do Chicago, by sobie dorobić. Ale szybko doszedł do wniosku, że woli pracować w zawodzie. W USA zobaczył, że to jest możliwe, tylko trzeba być do tego przygotowanym - mieć odpowiednie CV itd. Kiedy więc po studiach lecieliśmy do Stanów, mieliśmy już bardzo konkretny plan, chcieliśmy pracować jako architekci.

Po trzech latach zapadła decyzja o przeprowadzce do Europy. Dlaczego Londyn? 
Lubimy duże miasta, które mają sporo do zaoferowania, także pod kątem rynku pracy. Mieliśmy wiele szczęścia, bo poszukiwanie zajęcia odbywało się w warunkach wręcz komfortowych. Ponieważ mieliśmy doświadczenie w zawodzie, mogliśmy skorzystać z pomocy profesjonalisty, który szukał pracy dla nas. Bardzo miłe doświadczenie.

Czym zaskoczyła Panią Anglia? 
Akcentem. Niesamowite, że można mówić w tym samym języku, a tak inaczej i tak… elegancko. Także słownictwo zawodowe w Stanach i Anglii bardzo się różni. To było stresujące, ale też ciekawe, bo trzeba się było czegoś nowego nauczyć. Natomiast w Londynie na pewno najtrudniejsze było założenie własnej firmy. Początki były wręcz przerażające. Nie chodziło o projektowanie, bo wiedziałam, że z tym sobie poradzę, ale o wszystkie kwestie formalne, prawne, księgowe. 





Źródło: www.sukcespisanyszminka.pl, www.luxlux.pl, www.adparchitecture.com, www. kobieta.wp.pl